„ŻYCIE JEST PIELGRZYMOWANIEM”

Z ks. Wojciechem Miszewskim, Kierownikiem Pieszej Pielgrzymki z Torunia na Jasną Górę rozmawia Dominik Wójcicki.

Dominik Wójcicki: Dlaczego warto pielgrzymować?

Ks. Wojciech Miszewski: Idea pielgrzymowania jest wpisana w życie człowieka. Łacińska sentencja mówi „Vitae peregrinatio est”, czyli „życie jest pielgrzymowaniem”. Zadaniem pielgrzymki jest oderwanie nas od codzienności. Ma ona pomóc nam skupić się na wnętrzu, pozwolić zająć się tym, na co brakuje czasu w codziennym zabieganiu. Przecież, gdy rozpoczynamy pielgrzymkę religijną, to zawsze przyświeca nam myśl, by dotrzeć do jej celu. I o to samo chodzi w ziemskim życiu. W nim także mamy cel, do którego dążymy – zbawienie. 

– Co jest istotniejsze podczas pielgrzymki? Codzienne zmaganie się z własnym charakterem, czego symbolem jest pokonywanie setek kilometrów, czy może jej finał, czyli kilka chwil skupienia i modlitwy w miejscu, do którego dążyliśmy? 

– Zawsze idziemy do miejsca świętego. I to ono jest punktem odniesienia. Jednak czas pielgrzymowania jest niezwykle ważny. Jego znaczenie podkreślamy na każdej pielgrzymce. Wtedy bowiem odbywają się swoiste „rekolekcje w drodze”. To w tym czasie przeżywamy utrudzenie, słuchamy konferencji, modlimy się.  Dotarcie do miejsca, to zwieńczenie i moment, w którym ofiarujemy Bogu nasze doświadczenia zdobyte na szlaku. Te wszystkie niedogodności, ale też modlitwę. Dlatego te dwa aspekty są połączone. Jeden bez drugiego nie mógłby istnieć. 

– Spotyka ksiądz mnóstwo pątników. Jakie są główne motywacje sprawiające, że ludzie uczestniczą w pielgrzymkach?

– Od ponad 20 lat chodzę na pielgrzymki do Częstochowy. Są mniej liczne niż kiedyś. Na ich przykładzie widać, że zmieniają się motywacje. Dawniej były jedną z niewielu okazji, w których mówiono prawdę, manifestowano wartości, na które w czasach komunistycznych nie było zgody. Teraz natomiast, tymi którzy wybierają się do świętych miejsc, kierują wyłącznie powody religijne. Jest tyle sposobów spędzania wolnego czasu, że pielgrzymkę wybierają wyłącznie osoby, które chcą się zbliżyć do Boga. 

– A jeśli chodzi o intencje, z którymi wybierają się w drogę?

– Przede wszystkim jest to pragnienie pogłębienia wiary, ale też dziękczynienie oraz intencje błagalne. Ta prośba o pomoc szczególnie widoczna jest podczas codziennych nowenn. Wówczas pielgrzymi wypisują intencje na kartkach i potem wspólnie się modlą o ich spełnienie. Są też oczywiście intencje pokutne za popełnione grzechy. Niekiedy potrzeba właśnie pielgrzymkowego trudu, by zacząć nowe życie. Wyrzeczenie podnosi bowiem naszą wewnętrzną świadomość faktu, że grzech jest odkupiony.

– Każda pielgrzymka to sprawdzian charakteru pątnika. Jest tak, że owoce widać już w jej trakcie, czy też potrzebujemy czasu, by je dostrzec?

– Jeśli chodzi o pielgrzymki, których zamiarem jest pogłębienie wiary, to rezultaty widać już w drodze. Często dzieje się to z dnia na dzień. Ktoś, kto nie był nigdy zaangażowany religijnie, odkrywa nagle umiłowanie do modlitwy różańcowej, śpiewania Godzinek. Z utęsknieniem czeka na codzienną Mszę św.  Jeśli natomiast sprawa dotyczy intencji pokutnej, a uczestnik pielgrzymki już się nawrócił, wtedy pielgrzymka jest ekspiacją za popełnione zło, konsekwencją nawrócenia i możliwością wyrażenia nowej postawy przyjętej w życiu. 

– W jaki sposób powinniśmy się duchowo przygotowywać do uczestnictwa w pielgrzymce?

– Trzeba chcieć iść, mieć wewnętrzne przekonanie i wiedzieć po co ten trud. Zdarzają się jednak również całkiem spontaniczne reakcje. Decyzja podejmowana jest nieoczekiwanie, wieczorem w przeddzień wymarszu.  Pamiętam młodego człowieka, który chciał tylko odprowadzić pielgrzymów na szlak i wrócić do Torunia. I nagle uznał, że to mu nie wystarcza, że dorósł do czegoś większego i chce dojść na Jasną Górę. Wrócił do domu, zabrał niezbędne rzeczy i był gotowy do kilkudniowego marszu. 

– Pamięta ksiądz swoją pierwsza pielgrzymkę? 

– To była piesza Pielgrzymka Pomorska do Częstochowy. Byłem młodym uczniem, tuż po ostatniej klasie szkoły podstawowej. Starsi koledzy chodzili na pielgrzymki i zawsze mieli mnóstwo wrażeń. To sprawiało, że również chciałem to przeżyć. Pamiętam, że to była trudna pielgrzymka. Grupy liczyły ponad tysiąc osób. Znalezienie noclegu w stodole graniczyło z cudem. Spało się w sadzie pod drzewem, pod stogiem słomy. Nie było mowy by dobrze się umyć. Zresztą 25 lat temu nasze wioski wyglądały inaczej. O kąpielach można było pomarzyć. Wodę wybierało się ze studni. Podczas upałów gospodarze przywozili ją beczkowozami. Miało to oczywiście swój urok i wspominam to z wielkim sentymentem. Od tego czasu na pewno nie zmieniła się ludzka serdeczność, z którą pielgrzymi są witani.

– Jest ksiądz autorem przewodnika opisującego szlak św. Jakuba wiodący do Santiago de Compostella w Hiszpanii. To była najważniejsza pielgrzymka w księdza życiu? 

– To było uzupełnienie mojego pielgrzymowania do Częstochowy. Przejście tego szlaku zawsze było moim marzeniem, być może dlatego, że swego czasu pracowałem w parafii św. Jakuba w Torunia. Św. Jakub, to patron pielgrzymów, z czasem stał mi się bardzo bliski. Kiedy byłem pierwszy raz w Santiago de Compostella – dotarłem tam wówczas autokarem – postanowiłem, że następnym razem przyjdę tam pieszo. I udało się to w lipcu 2003 roku. 

– Jakie są wspomnienia związane z tą pielgrzymką?

– Moja funkcja się zmieniała. Obecnie bowiem moim głównym obowiązkiem nie jest samo pielgrzymowanie, ale zapewnianie komfortu pielgrzymowania innym. Ta pielgrzymka pozwoliła mi natomiast ponownie poczuć się zwykłym pątnikiem. Ponadto na szlaku św. Jakuba nie chodzi się w grupach zorganizowanych. Szedłem z dwiema tylko osobami. Byłem najstarszy, więc musiałem wygłosić rekolekcje samemu sobie. Nie było przecież specjalnego przewodnika, który głosiłby nauki.

– Fatima, Lourdes, Ziemia Święta. Pielgrzymował ksiądz do tych miejsc. Jakie uczucia towarzyszyły tam księdzu? Czuć, że są one naznaczone świętością? 

– Każde z nich jest inne. Ziemia Święta, to nie tylko ziemia Chrystusa, Apostołów, ale też Starego Testamentu. Nigdzie indziej nie czyta się Pisma Świętego w taki sposób jak tam. To w tym rejonie Słowo Boże przemawia najdobitniej. Nie bez przyczyny pielgrzymowanie w to miejsce nazywa się czytaniem piątej ewangelii. Sceny opisane w Biblii stają przed oczami, bo patrzy się na to samo, co obserwował Chrystus. Jezioro Galilejskie, czy Góra Błogosławieństw – tam Ewangelia naprawdę brzmi jeszcze dobitniej. To zabarwienie historyczne i geograficzne jest ciągle obecne. Wielkim przeżyciem była też pielgrzymka do Turcji. Przecież w tamtejszej Antiochii rodził się Kościół. Tam mieszkali apostołowie, Maryja.  Z kolei Lourdes jest wielką nauką o tajemnicy cierpienia. Jest to bodaj jedyne miejsce na świecie, gdzie najważniejsi są chorzy. Natomiast Fatima to umiłowanie modlitwy różańcowej i duch pokuty. Fenomenem jest też Medjugorje. Nie ma tam nic do oglądania. To skromna wioska pozbawiona wspaniałego kościoła, zabytków, urokliwej przestrzeni. Posiada za to szczególną atmosferę, która sprawia, że odwiedzają ją miliony pątników o odnajdują tam to, czego nie odnaleźli w innym nawet najpiękniejszym zakątku świata.  

– Czy te wszystkie pielgrzymki zmieniły coś w księdza życiu, czegoś nauczyły?

– Są przede wszystkim uświadomieniem sobie, że tu na ziemi niczego nie mamy na stałe, że ciągle jesteśmy w drodze. I tak jak piesza, lub autokarowa pielgrzymka kiedyś się kończy, bo docieramy do obranego celu, tak i w życiu przyjdzie czas, że dotrzemy do celu ziemskiego pielgrzymowania. Myślę, że jest to nauka, która płynie do każdego pielgrzyma.

– Kiedy można powiedzieć, że pielgrzymka, w której wzięliśmy udział, była owocna?

– Wtedy, gdy dzięki niej staliśmy się choć trochę lepsi.

– Dziękuję za rozmowę.