Wielki Piątek w parafii św. Antoniego

Fotografie – Krystyna Bilska

Wielki Piątek w parafii św. Antoniego

Miłość, która nie cofa się przed cierpieniem ..

(3 kwietnia 2026 roku)

 

W kościele było półmrok. Nie ten przypadkowy, wynikający z braku światła, ale cisza i cień, które mają swoją wagę – jakby ktoś celowo zdjął z przestrzeni wszystko, co zbędne. Zostało tylko to, co najważniejsze: Krzyż, Słowo i człowiek. W Wielki Piątek parafia św. Antoniego nie była miejscem zgromadzenia – była wspólnotą milczenia. Ludzie przychodzili powoli. Bez rozmów, bez pośpiechu. Każdy niósł coś własnego: zmęczenie tygodnia, osobisty ciężar, niewypowiedziane pytania. Zajmowali miejsca w ławkach, ale nikt tak naprawdę nie „siadał wygodnie”. To nie był dzień wygody. To był dzień stanięcia twarzą w twarz z czymś większym od siebie. Liturgii przewodniczył ks. Bartłomiej Surdykowski. Jego obecność była dyskretna – jakby wiedział, że dziś nie on jest w centrum. Dziś wszystko prowadziło do jednego punktu. Zaczęło się od Słowa. Czytania nie były tylko tekstem – były opowieścią, która przechodziła przez wnętrze człowieka jak zimny prąd. Prorok Izajasz mówił o cierpiącym Słudze. Psalm brzmiał jak modlitwa kogoś, kto stoi na granicy wytrzymałości. List do Hebrajczyków przypominał, że Chrystus nie jest daleki – że zna lęk, ból, opuszczenie. A potem przyszła Ewangelia. Opis Męki według świętego Jana nie był jedynie odczytany – został wyśpiewany. W tej formie nabrał jeszcze większej głębi. Każde słowo, niesione melodią, zdawało się dłużej wybrzmiewać w murach świątyni i w sercach wiernych. Śpiew nie łagodził dramatyzmu wydarzeń – przeciwnie, wydobywał go z niezwykłą siłą. Dialog między narratorami, Chrystusem i tłumem stawał się niemal namacalny. W tej ciszy, przerywanej jedynie śpiewem Pasji, można było odnieść wrażenie, że nie jesteśmy tylko słuchaczami, ale świadkami wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat.  Homilia nie próbowała niczego upraszczać. Nie szukała łatwych pocieszeń. Raczej prowadziła głębiej – tam, gdzie Krzyż przestaje być symbolem, a zaczyna być pytaniem: co znaczy miłość, która nie cofa się przed cierpieniem?  Potem modlitwa powszechna. Rozciągnięta szeroko – na cały świat. Za wierzących i niewierzących, za rządzących i cierpiących, za tych, którzy mają nadzieję, i za tych, którzy ją stracili. W tych wezwaniach było coś poruszającego: świadomość, że w obliczu Krzyża nikt nie jest obcy. I wreszcie moment, na który wszyscy czekali – choć może nie wszyscy byli na niego gotowi. Krzyż. Wniesiony powoli, odsłaniany stopniowo. Nie jako dekoracja, ale jako znak, który domaga się odpowiedzi. Ludzie zaczęli podchodzić. Jeden po drugim. Bez pośpiechu. Niektórzy klękali długo. Inni tylko pochylali głowę. Ktoś dotykał drewna dłonią, jakby chciał się upewnić, że to naprawdę. Ktoś inny zamykał oczy, jakby nie był w stanie patrzeć. Nie było dwóch takich samych gestów. Ale wszystkie mówiły to samo. Wdzięczność. Ból. Nadzieja. W tle rozbrzmiewał śpiew: „Krzyżu, witaj, nadziejo jedyna”. Nie był głośny. Nie musiał być. Wnikał głęboko – tam, gdzie słowa już nie sięgają. Po adoracji przyszła Komunia. Cicha, skupiona. Chleb konsekrowany dzień wcześniej – jakby nawet liturgia chciała podkreślić, że dziś nic się nie „dokonuje” na nowo. Dziś się trwa. Przy Tym, który oddał wszystko. A potem… nic. Nie było zakończenia w zwykłym sensie. Nie było rozesłania. Ludzie wychodzili powoli, wciąż w ciszy. Jakby każdy niósł ze sobą kawałek tego, co wydarzyło się przy Krzyżu. Wielki Piątek nie daje łatwych odpowiedzi. Nie przynosi natychmiastowej ulgi. Zostawia człowieka z pytaniem – ale też z obietnicą, że to nie jest koniec. Bo cisza tego dnia nie jest pustką.

Jest oczekiwaniem.

Tekst-Jacek Bilski